Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2019

34 tydzień ciąży i strach

 Nareszcie wymarzony tydzień ciąży czyli 34. Zakładałam sobie, że dotrwam do niego ale nie do końca wierzyłam w to, że mi się to uda. A jednak jest - tydzień 34 zaliczony!!! Zrobienie USG całej trójki to wyczyn, który niestety zaczął przerastać lekarzy. Wczoraj nie udało się ich dobrze pomierzyć bo Kajtek skrzyżował nogi a jedna z dziewczyn tak się ułożyła, że nie szło rozszyfrować co jest ręką a co nogą... Z badania tego wyszło, że Kajtek waży 2020g, a dziewczyny 1744g i 2050g... Lekarz stwierdził, że wagi te są na pewno nieadekwatne do rzeczywistości i zobaczymy ile ważą gdy wyjmiemy je z brzucha ;)
Ja wiem, że dzieciaki ładnie podrosły gdyż czuję o wiele większy ciężar w brzuchu. Obciążenie brzucha i kręgosłupa też jest już znaczne... Mam nadzieję, że po wyjęciu dzieci z brzucha okaże się iż przekroczyły wagę 2 kg lub chociaż niewiele im do tego brakuje...

 Termin cesarskiego cięcia ustalony mam na 2.01.2019 roku czyli na najbliższą środę. Mam nadzieję, że dotrwam do tej chwili w czteropaku bo tak naprawdę na tym etapie ciąży w każdej chwili może zacząć się poród... Boję się okropnie tej cesarki. Chyba jeszcze nigdy nie bałam się aż tak bardzo :(

 Oczywiście nie było łatwo ustalić ten termin i tak naprawdę to musiałam go wywalczyć na poniedziałkowym obchodzie. Pech chciał, że trafiłam na tego samego lekarza co przed weekendem. Tym razem był jednak w towarzystwie drugiego lekarza i chyba dzięki temu nie był taki chamski. Rozmowa przebiegła więc bardzo spokojnie.. Powiedziałam, że chcę ustalić termin cc bo nie chcę czekać aż "coś" zacznie się dziać i będzie zagrożone życie moje lub dzieci. Zależy mi na tym gdyż wiem, że do mojego cc muszą być przygotowani doświadczeni ginekolodzy oraz zespół neonatologów dla wcześniaków. Powiedziałam też, że wiem iż w przypadku większości ciąż trojaczych właśnie w ten sposób się postępuje czyli działa spokojnie w wyznaczonym terminie a nie robi na szybko. Nie ma też gwarancji na to, że zacznie się u mnie "coś" dziać w dzień jakby sobie tego życzył lekarz. Tym bardziej, że ja gorzej czuję się w nocy... Od lekarza usłyszałam, że nie ma odgórnie ustalone terminu, w którym trzeba zrobić cc w ciąży trojaczej. Zgodziłam się z nim ale powiedziałam, że nie ma też ustalonego terminu do którego można bezpiecznie czekać z rozwiązaniem takiej ciąży. O dziwo lekarz przyznał mi rację. Stwierdził jednak, że musi zwołać konsylium w sprawie mojego przypadku a poza tym musi przedyskutować temat z pediatrami bo nie chce aby mieli oni pretensje o to, że są trzy wcześniaki. Zgodziłam się z nim ale dopowiedziałam, że nie można tylko i wyłącznie patrzeć na dzieci bo życie matki też jest ważne - będę miała 6 dzieci i ktoś się nimi musi zająć i je wychować. Przy poprzedniej cesarce urodziłam dziecko, które ważyło 3,5 kg i ginekolog miał bardzo duży problem ze zszyciem mojej macicy gdyż była ona bardzo cienka, Teraz w macicy mam troje dzieci o łącznej wadze około 6 kg i boję się o swoje życie - o to, że macica pęknie, dostanę krwotoku i zabraknie czasu lub doświadczonych rąk, które mogłyby mnie uratować. Lekarz zakończył rozmowę obiecując, że przedyskutuje mój przypadek i zostanę poinformowana o podjętej decyzji.
 Po pewnym czasie przyszła do mnie położna i powiedział, że bardzo dobrze zrobiłam tą rozmową bo przynajmniej lekarze teraz siedzą i zastanawiają się co zrobić. Powiedziała też, że słychać jak mówią, że mam rację. Za jakiś czas położna ponownie do mnie przyszła i poinformowała, że termin cc został wpisany już do karty na 2 stycznia czyli na środę... Ponownie podkreśliła, że bardzo dobrze zrobiłam. W poniedziałek moja przemowa do lekarza była tematem numer jeden wśród położnych i młodszych lekarzy ;)

 Cieszę się, że udało mi się dojść do porozumienia z lekarzem. Tym bardziej, że czuję iż nie dotrwałabym w czteropaku do następnego tygodnia. Od poniedziałkowego popołudnia zaczęły mi się pisać w trakcie KTG skurcze macicy. Póki co nie są bolesne ale z każdym dniem nabierają mocy...

 Tak bardzo boję się jutra. O dzieci boję się mniej bo wierzę, że sobie poradzą na tym etapie. O swoje życie jestem jednak przerażona. Boję się, że macica nie będzie chciała się obkurczać, że dostanę krwotoku nie do opanowania albo zatoru co doprowadzi do tego, że nie przeżyję... Staram się odganiać od siebie te czarne myśli - nie myśleć o tym co złego może się wydarzyć. Im bliżej momentu cc tym jest mi jednak trudniej skupić się na myśleniu pozytywnym :( Módlcie się za mnie oraz Kajtka, Klarę i Lilę jezeli możecie Kochani. Zaciskajcie też kciuki z całych swoich sił :)
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 25 grudnia 2018

33 tydzień ciąży

 I w końcu skończyłam 33 tydzień ciąży. Z wczorajszego USG wynika, że dzieciaki są już całkiem duże - Kajtek waży 1953g, Klara 1757g a Lila 1737g.

 Bardzo duże szanse są na to, że już w pierwszym tygodniu stycznia będę miała robione cesarskie cięcie. Wszystko przez pogarszające się wyniki bliźniaczek. Na wczorajszym USG Klarze i Lilianie wyszły słabe przepływy pępowinowe. Bardziej doświadczony ginekolog powtórzył jednak badanie i udało mu się uzyskać lepsze wartości - bliskie dolnej granicy normy ale na szczęście nie poniżej... Dojrzałość łożyska również uległa zmianie. Tydzień temu była dobra a wczoraj określono już III stopień dojrzałości co odpowiada 39 tc... Oznacza to, że łożysko powoli traci swoją funkcję i nie będzie dostarczało dzieciom odpowiedniej ilości składników odżywczych i tlenu. Jutro ma mieć dyżur mój lekarz prowadzący więc mam nadzieję, że uda mi się poznać już konkretną datę rozwiązania ciąży...

 Jedno jest pewno - coraz bliżej jest moment gdy poznam Kajtka, Klarę i Lilianę :)
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 18 grudnia 2018

32 tydzień ciąży i wieści z domu

 W końcu osiągnęłam swój cel czyli 32 tc. Pora zatem na ustalenie sobie kolejnego celu - 34 tc. Mam jednak nadzieję, że po osiągnięciu 34 tc lekarze nie będą już długo czekać ze zrobieniem cięcia cesarskiego... Niektórzy lekarze chcieliby czekać do 36 tc (połowa stycznia) ze zrobieniem cesarki ale po przebytych 3 cc jest to zbyt ryzykowne - macica jest już bowiem osłabiona... Istnieje zatem dużo większe ryzyko pęknięcia macicy a także problemów z obkurczaniem się jej już po cięciu. Zresztą ja już po sobie widzę, że macica jest już coraz słabsza z każdym tygodniem gdyż pojawiają się nowe dolegliwości. Coraz częściej macica mi się "spina" i robi twarda w wyniku skurczu. Od dwóch dni zaczęły się też pojawiać w ciągu dnia sporadyczne bolesne skurcze. W poprzednich ciążach ani razu nie miałam skurczu który by mnie bolał - jest to zatem dla mnie coś zupełnie nowego... Nie ma się jednak co dziwić - w brzuchu dźwigam już ponad 4,5 kg dzidziusiów + płyn owodniowy i łożyska... Nie jest to zatem małe obciążenie.

 Cotygodniowe USG wykazało, że Kajtek waży około 1670g, Klara 1506g a Lila 1417g. Trojaczki zatem bardzo ładnie przybierają na wadze co potwierdzają również lekarze. Najważniejsze, że w dalszym ciągu nie pojawia się u bliźniaczek syndrom podkradania... Ilość wód płodowych również jest w normie. Dzieciaczki mają również prawidłowe przepływy i wykazują już odruch oddychania :) Zapisy KTG nadal czasami są szalone ale na szczęście nie nasila się to...

 Brzuch robi się coraz większy a ja zaczynam chodzić jak kaczka albo pingwin ;)

 Najgorsze jednak jest to, że zaczęło mnie dołować przebywanie w szpitalu. Przed kilku dniami przepłakałam pół dnia... Wszystko przez to, że Sara coraz gorzej znosi naszą rozłąkę - stałą się bardziej marudna i więcej się tuli do osoby pod opieką której jest... Gdy przychodzi do szpitala nie chce wracać domu ani wsiąść do windy. Gdy ją odprowadzam pod windę to pokazuje w jej stronę i mówi "Mama papa" czyli że mam iść z nią... Gdy mówię, że nie mogę i muszę jeszcze zostać to oczywiście jest minka do płaczu a mi się serce kraje :( Nawet teraz mam łzy w oczach gdy o tym myślę :(
Fabian też czasem wieczorem w domu płacze za mną. Dopytywał się mnie wczoraj kiedy wrócę i czy będę na Święta w domu - gdy usłyszał, że pewnie jeszcze miesiąc będę w szpitalu to w oczach pojawiły mu się łzy... :( Na szczęście nie płakał bo nie chciał Sary zasmucać :(
Emilka jakoś się trzyma ale za to stała się bardziej nieznośna - ciężko zagonić ją do lekcji i nauki, nie słucha co się do niej mówi, grymasi okrutnie w kwestiach jedzenia i bardzo często wrzeszczy na Fabiana...

Ostatnie 4 tygodnie rozłąki były dla wszystkich bardzo trudne i niestety zamiast z czasem być coraz lepiej to jest wszystkim coraz trudniej... :( Dobrze, że smutek dopada dzieci jednak jedynie chwilami a przez większa część dnia trzymają się dzielnie. Ubrali już nawet z tatą choinkę dzięki czemu w domu zapanował klimat świąteczny ;)

  Mam nadzieję, że dzieciaki dadzą radę jeszcze chociaż miesiąc wytrzymać bez mamy. Nastawiam się bowiem na to, że w połowie stycznia będę już w domu ;)
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 11 grudnia 2018

31 tydzień ciąży

 Zakończyłam dzisiaj 31 tc. Czuję się świetnie. Jedyna zmiana jaką odczuwam to wyraźniejsze ruchy - czuję jakby mi ktoś od środka brzucha przejeżdżał czymś twardym co niejednokrotnie wywołuje mój jęk ;) Odczuwam również większe zmęczenie. Nie wiem czy to efekt rozleniwienia i sennej atmosfery szpitala czy też organizm potrzebuje już więcej czasu na regenerację bo jest wymęczony utrzymywaniem dodatkowych trzech osóbek. Faktem jest jednak to, że w ciągu dnia zaliczam jedną lub nawet dwie drzemki ;)

 Dzieciaki od zeszłego tygodnia podrosły - jedne mniej, inne więcej ;) Kajtek waży mniej więcej 1492g, Klara 1433g a nasza najmniejsza Lila 1332g. Niestety tętno w czasie KTG nadal szalej... Przez kilka dni było ok ale dzisiaj rano jedna z dziewczyn miała tętno powyżej 180 a po południu obie dziewczyny szalały tak, że przez dobre pół godziny zapisu miały tętno między 170 a 190 :| Po każdym takim zapisie po około 45 minutach mam powtarzane badanie - dzisiaj zatem badanie KTG miałam aż 4 razy... Na szczęście każdy drugi zapis był już w normie :)

 Zaczęłam w końcu zamawiać rzeczy dla trojaczków, które będą mi potrzebne w szpitalu. Przede wszystkim pampersy dla wcześniaków i nawilżane chusteczki a także dla każdego z maluszków termometr z elastyczną końcówką do pomiaru temperatury w pupie. Pieluszki tetrowe i flanelowe na szczęście już mam :) Są to rzeczy, które będą potrzebne w czasie gdy trojaczki będą przebywały w inkubatorze... Chyba powoli zaczyna do mnie docierać, że coraz bliżej jest ten moment gdy Trojaczki pojawią się na świecie ;)
Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 6 grudnia 2018

KTG i nieprawidłowości

 Badanie KTG przeprowadza się po to aby sprawdzić tętno płodu i czynność skurczową macicy. Liczba uderzeń serca dziecka powinna wynosić 110-160 uderzeń na minutę. Jeśli tętno płodu w czasie minimum 10-minutowego zapisu jest niższe niż 110 na minutę mówi się o bradykardii a jeśli większe niż 160 - o tachykardii.
Bradykardia płodu może być spowodowana działaniem leków, obniżonym ciśnieniem, obniżoną temperaturą czy też niskim poziomem glukozy u matki. Może świadczyć o wadach serca, arytmii płodu, ostrej niewydolności maciczno-łożyskowej, ucisku pępowiny czy też przewlekłym ucisku główki płodu.
Tachykardia natomiast pojawia się w przypadku niedotlenienia płodu, gorączki u matki, zakażeń wewnątrzmacicznych, anemii u płodu czy też stosowaniu niektórych leków.

 Badanie KTG sprawdza także oscylację (zmienność) tętna płodu, która powinna wynosić od 5 do 25 uderzeń na minutę. Uzależnione jest to m.in. od tego czy dziecko śpi, czy jest aktywne. Monitoruje się również przyspieszenia akcji serca dziecka (akceleracje), które powinny wystąpić przynajmniej 2 razy i trwać około 15 sekund w przeciągu 10-15 minut. Przyspieszenia te powinny pojawiać się w czasie aktywności czyli ruchów płodu.

 Od chwili gdy zostałam przyjęta do szpitala mam codziennie rano robione badanie KTG. Przeważnie podłączana byłam do dwóch aparatów jednocześnie - dla bliźniąt i pojedynczego. Czasem gdy dzieci zbyt intensywnie się ruszały, w wyniku czego aparat co chwilę gubił tętno któregoś z nich, podłączano mnie najpierw pod aparat dla bliźniąt a dopiero po skończeniu zapisu podłączano pod aparat pojedynczy aby zrobić zapis tętna Kajtka. Tętno całej trójki w trakcie tych zapisów nigdy nie przekraczało 160 uderzeń na minutę.
Od wtorku zapis uległ jednak zmianie. Tętno jednej z dziewczyn po kilkunastu minutach prawidłowego zapisu zaczęło rosnąć do wartości powyżej 170 i utrzymywało się na poziomie 170-200 uderzeń na minutę przez 30-45 minut. W tym czasie ani razu tętno nie spadało poniżej 160. Położna zgłosiła oczywiście taki zapis lekarzowi dyżurnemu. Zalecił on powtórzenie badania po około 2 godzinach. Zapis ten był już w normie co dało mi nadzieję na to, że był to jednorazowy incydent. W środę niestety poranny zapis jednej z dziewczyn ponownie był poza normą i pomimo powtórzenia badania popołudniu i wieczorem zapisy i tak nie były idealne. W dniu wczorajszym zdecydowano o tym aby zapis każdego z dzieci robić oddzielnie. Czy to coś zmieniło? Nie - nadal jedna z dziewczynek miała stanowczo za wysokie tętno utrzymujące się przez kilkadziesiąt minut...

 Oczywiście te nieprawidłowości w zapisach KTG wywołały we mnie duży niepokój i obawy o zdrowie dzieciaków... Dopytywałam lekarzy oglądających zapisy co może być przyczyną tachykardii jednej z dziewczyn oraz o to czy nie jest ona zagrożona. Czy ich odpowiedzi mnie uspokoiły? Nie. Co zatem usłyszałam?
"Musiało się coś źle zapisać", "Zapisy bliźniaczek nałożyły się na siebie", "Zapisy się musiały zamienić", "Od tego wyższego zapisu trzeba odjąć 20 jednostek", "Pani się denerwuje i dlatego zapis tętna jest za wysoki", "Nie ma się czym martwić, wszystko jest w normie"...
Absolutnie nie przemawiało do lekarzy to, że rzeczywiście na aparacie wyświetlały się w czasie zapisu cyfry od 170 do 200 i było słychać, że tętno jest bardzo szybkie - inne niż u dwójki pozostałych dzieci. Nie trafiało do nich też to, że nie byłam zdenerwowana gdyż zapis dwójki dzieci był prawidłowy (co miało mnie więc zdenerwować?) a podłączenie zapisu trzeciego Maluszka od razu zaczął się od wartości powyżej 170 uderzeń na minutę. Poza tym skoro moje zdenerwowanie miałoby aż taki wpływ na zapis KTG to dlaczego tylko jedno z dzieci miałoby na to reagować a dwójka pozostałych nie...

 Dopiero w dniu dzisiejszym na porannym obchodzie trafiła do naszej sali dr Alicja, która mnie uspokoiła i wytłumaczyła czym należałoby się przejmować. Przede wszystkim ważne jest to, że zapis jest zmienny tzn. nie występuje jako linia ciągła a jako zygzak. Problem byłby wtedy gdyby wartość tętna utrzymywała się na stałej i niezmiennej wartości np. 190 uderzeń na minutę. U mnie wprawdzie zapis jest powyżej normy ale cały czas skacze między wartościami 170-200. Kolejna rzecz, która jest dobrym objawem to ta iż tętno po jakimś czasie wraca do wartości normalnej czyli 110-160 uderzeń na minutę. Gdyby z Małą działo się coś bardzo złego to tętno przez cały czas odbiegałoby od normy. Nie twierdziła ona jednak, że zapis jest normalny a ja niepotrzebnie panikuję. Zrobiła mi dokładnie badanie USG aby ponownie zobaczyć przepływy u dziewczyn, obejrzała je, ich większe naczynia krwionośne i pępowiny, sprawdziła czy nie pękła przegroda między bliźniaczkami - wszystko jest ok. W trakcie badania tętno Małej było również powyżej 170 uderzeń na minutę ale przez cały czas była ona w ruchu i nawet na chwilę nie zastygła w bezruchu - tak intensywny ruch tłumaczy taki wynik. Dr Alicja zaleciła również aby zwiększyć ilość KTG z raz dziennie do dwóch razy...

 Nie uspokajała mnie twierdząc, że wszystko jest w normie i nie mam się co martwić. Nie wmawiała mi, że zapis jest prawidłowy. Nie wmawiała też, że na pewno tętno nie było na poziomie 170-200 uderzeń na minutę... Na mnie takie lekceważące gadanie działa jak płachta na byka. Co innego spokojne wytłumaczenie co w zapisie tętna Maluszków może niepokoić a co nie powinno. Przyznanie, że faktycznie nastąpiła zmiana względem dotychczasowych zapisów ale nie jest ona póki co niebezpieczna. Zwiększenie liczby zapisów KTG dla lepszej kontroli stanu dzieci. Taka rozmowa i takie działania wzbudzają moje zaufanie i mnie uspokajają. A stwierdzenie Pani doktor, że to dobrze iż troszczę się o stan swoich dzieci także poprawia nastrój ;)
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 4 grudnia 2018

30 tydzień ciąży

 Skończyłam dzisiaj 30 tc. Jeszcze nie tak dawno moment ten wydawał mi się taki odległy ale w końcu go osiągnęłam. Dobrze by było gdyby Maluszki jeszcze przynajmniej przez 2 tygodnie wysiedziały w maminym brzuchu - gdyby wytrwały tam jeszcze 4 tygodnie to już w ogóle byłoby super :) Każdy kolejny tydzień daje Dzieciaczkom większe szanse na zdrowie i skraca pobyt w inkubatorze, który je czeka. Im dłużej będą w brzuchu tym większe i silniejsze się urodzą :)

 Obecnie Kajtek waży około 1444 gram i jest największy z całej trójki. Ma jednak najlepsze warunki w obecnym "mieszkanku" - własne łożysko do dyspozycji i swój worek owodniowy... Dziewczynki ważą mniej - Klara około 1228 gram a Liliana 1174 gramy. To, że są mniejsze od brata spowodowane jest głównie tym iż mają one wspólne łożysko... Nie pomaga tu nawet to, że one również mają swoje własne worki owodniowe. Na szczęście różnice w wielkości trojaczków mieszczą się w normach więc nie trzeba się tym martwić :)

 Wraz z kolejnymi tygodniami rosną nie tylko Dzieci ale również ja staję się coraz większa ;) Z lekkimi obawami spoglądam na wielkość swojego brzucha i nie potrafię wyobrazić sobie tego, że stanie się on jeszcze większy... Mam nadzieję, że nie pęknę w końcu jak za mocno nadmuchany balon ;)

 Trojaczki do tej pory były bardzo grzeczne. Miały ładne zapisy KTG i nawet gdy jedno z Dzieci za bardzo szalało w trakcie zapisu to wynik końcowy i tak był w normie. Dzisiaj niestety Maluszki postanowiły napędzić mi stracha. W trakcie porannego zapisu KTG Klara przez 45 minut miała tętno pomiędzy 180 a 200 a więc stanowczo za wysokie. Kajtkowi też kilka razy wzrosło powyżej 160-170 ale on od samego rana wyczyniał takie szaleństwa w brzuchu, że był to wynik usprawiedliwiony. Klara natomiast leżała dość grzecznie a tętno miała jak dla mnie kosmiczne... Tylko Lila dzisiaj nie przekroczyła normy i cały zapis miała między wymaganym 120 a 150... Po 45 minutach na szczęście również tętno Klary wróciło do normy.
Lekarz zalecił powtórzenie zapisu KTG przed południem i zapis był już dużo lepszy gdyż cała trójka miała tętno pomiędzy 120 a 165. Jest to jednak wynik nadal trochę za wysoki więc wieczorem czeka mnie ponowne KTG. Zobaczymy co będzie jutro - oby zapisy były idealne...
Image and video hosting by TinyPic

środa, 28 listopada 2018

Długi pobyt w szpitalu a dzieci

 Kiedy tylko dowiedziałam się o tym, że czeka mnie, wcześniej czy później, dłuższy pobyt w szpitalu to zaczęłam się zastanawiać co zrobić z Emilką, Fabianem i Sarą. Kto się nimi zajmie przez tyle czasu? Początkowo lekarz straszył mnie pobytem w szpitalu, który miałby trwać minimum 12 tygodni... Urlop P. aż na tyle czasu nie wchodził w grę.

 Przede wszystkim postanowiłam sobie wtedy, że zostanę w domu tak długo jak będzie to bezpieczne dla mnie i dzieci - najlepiej do końca listopada albo chociaż do drugiej połowy listopada. Dopytywałam też obu babć kiedy najbardziej pasowałoby im pomóc nam przy dzieciach a P. kiedy miałby najlepszy moment na urlop... Udało mi się wypracować grafik opieki nad dzieciakami na okres od 26 listopada. Obejmował on 2 tygodnie opieki przez P. (1 w listopadzie i 1 w grudniu przed świętami), 2 tygodnie opieki przez moją mamę (początek grudnia) i 2 tygodnie opieki przez teściów w okresie świąteczno-sylwestrowym. Po Nowym Roku ponownie ma nam pomóc moja mama... Problem pojawiał się gdyby opieka miała być potrzebna wcześniej ale postanowiłam zawczasu się tym nie martwić. Okazało się, że było to słuszne podejście gdyż w szpitalu musiałam się zjawić jedynie kilka dni wcześniej niż zakładał mój plan i na te kilka dni udało się P. dostać urlop :)

 Przed pójściem do szpitala spisałam sobie co muszę obowiązkowo zrobić aby móc spokojnie opuścić dom na dłużej. Przede wszystkim zależało mi aby przygotować dzieci do nadchodzącej zimy - zakup kurtek zimowych, ciepłych czapek z kominami i butów, dokupienie rękawiczek... Uzupełniłam też zapasy środków chemicznych w domu i podstawowych składników (makarony, ryż, kasza czy płatki śniadaniowe). Zamroziłam też kilka gotowych porcji obiadowych, które wystarczy rozmrozić i podgrzać. Spisałam również dokładną rozpiskę z planem zajęć dodatkowych i zaplanowanych wcześniej wizyt u specjalistów a także loginy do dziennika elektronicznego. W szafach dzieci zaznaczyłam, które półki są z ubraniami do szkoły... Oczywiście opróżniłam też kosze z brudnym praniem a nawet kosz z ubraniami do prasowania ;) W komodzie z ubrankami dla trojaczków także zrobiłam porządek - posegregowałam ubrania i podpisałam poszczególne "kupki" rozmiarami... Posprzątałam nawet rybce :) Oczywiście wiem, że wielu z tych rzeczy nie musiałam robić (co mi też powiedział P.) ale czułam taką potrzebę...

 Poza przygotowaniem mieszkania na moją dłuższą nieobecność skupiłam się również na tym aby oswoić dzieci z myślą o tym, że będę musiała zniknąć na dłużej z domu. Tłumaczyłam im, że jest to konieczne dla mojego i trojaczków bezpieczeństwa - lekarze będą mogli codziennie sprawdzać czy u Maluszków w brzuchu wszystko jest dobrze i dzięki temu zdecydują w odpowiednim momencie o tym kiedy mają się urodzić. Opowiadałam im o tym, że codziennie będziemy ze sobą rozmawiać przez telefon a w weekendy będą mogli mnie odwiedzać. A jak się uda to możemy też od czasu do czasu robić sobie wideorozmowy ;) Umililiśmy sobie także czas wyjściem na pizze i wypadem do kina...

 Ostatniego wieczoru przed moim pójściem do szpitala zrobiliśmy też ostatnie fotki z brzuszkiem aby mieć na pamiątkę... Dzieciaki miały frajdę z pisania po brzuchu :)

 Mieszkanie opuszczałam na szczęście gdy Emilka i Fabian byli już w szkole - pożegnaliśmy się przed ich wyjściem z domu. Było im smutno, łezka w oku była ale z uśmiechem oświadczyłam, że mają zmykać już do szkoły a po lekcjach zadzwonić i opowiedzieć mi jak minął im dzień :) Sara spała gdy wychodziłam i było to dla mnie najłatwiejsze rozwiązanie. Ciężko byłoby mi wyjść gdybym widziała jej płacz... Najbardziej smuciła i martwiła mnie rozłąka właśnie z Sarą - ona jest bowiem najbardziej ze mną związana i najmniej przyzwyczajona do rozłąki... Nie miałam też pewności kiedy się z najmłodszą córeczką zobaczę. To czy będzie mnie odwiedzać w szpitalu uzależnione było bowiem od tego jak zniesie pierwsze odwiedziny. Jeżeli będzie płacz i histeria, że nie chce iść bez mamy to niestety nie będzie mnie odwiedzać :( Na szczęście weekendowe wizyty się udały i mam nadzieję, że w miarę wydłużania się czasu rozłąki nie zmieni się zachowanie Sary w trakcie szpitalnych odwiedzin...
Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 26 listopada 2018

Szpitalna codzienność

 W szpitalu jestem dopiero od kilku dni a już wdrożyłam się w codzienną rutynę tutaj obowiązującą. Pobudka jest codziennie o 5:30 - mierzona jest wtedy temperatura i ciśnienie krwi oraz podłączane badanie KTG. W moim przypadku badanie to trwa czasem 45 minut a czasem ponad 1,5 godziny - wszystko zależy od tego czy dzieci chcą współpracować. Jednego dnia cała trójka daje ładnie zrobić zapisy a innego szaleją tak, że nie idzie na dłużej złapać ich tętna bo co chwilę uciekają spod głowicy aparatu. Gdy są za spokojne też wcale nie jest dobrze i trzeba wtedy czekać aż się trochę rozruszają... Dziewczyny mają robione KTG aparatem dla bliźniąt a nasz rodzynek aparatem do pojedynczego zapisu...



 Kolejnym punktem w szpitalnym programie jest poranny obchód lekarzy, który przeważnie jest między 8:00 a 8:30. Potrafi się jednak przesunąć nawet o kilka godzin gdy na trakcie porodowym jest dużo porodów lub nagłych przypadków... Na obchodzie lekarze pytają o samopoczucie a od czasu do czasu zlecają potrzebne badania. Można się też dowiedzieć o tym czy planowany jest wypis do domu lub jaki jest plan działania w danym przypadku. Ja dość szybko dowiedziałam się, że na wypis przed cc nie mam co liczyć i mam nastawić się na Święta na szpitalnym oddziale :(

 O 8:30 jest przywożone na oddział śniadanie. Zawsze jest to jakaś zupa mleczna i przeważnie kanapki z kawałkiem masła i dwoma plasterkami wędliny. Czasem zdarza się kawałek pomidora lub dżem. Do picia jest cieniutka letnia herbata... Nie jest najgorzej ale wspieram się własnymi dodatkami do kanapek aby bardziej urozmaicić sobie dietę ;)

 O 13:30 serwowany jest w szpitalu dwudaniowy obiad z kompotem. Zupy są przeważnie dobrze doprawione a gdy są gorące smakują jeszcze lepiej. Drugie danie najczęściej serwowane jest z ziemniakami (zimnymi lub ledwo ciepłymi), które są chyba najsłabszym punktem obiadów. Mięso z sosem czy też dodatki w postaci tartej marchewki czy innych warzyw jest już dużo smaczniejsze. Na deser jest kompot a raczej napój, który ma udawać kompot - jest to po prostu zabarwiona woda ;)

 Po obiedzie około godziny 14:00 mam robiony odsłuch tętna trojaczków ale bez podłączania aparatu KTG do dłuższego zapisu...

 Już o 17:30 jest podawana kolacja. Bardzo przypomina ona śniadanie - różnicą jest tylko to, że nie ma zupy mlecznej :)

 Ostatnim punktem dnia w szpitalu jest wieczorny odsłuch tętna Maluszków, który czasem jest około godziny 20:00. Po odsłuchu na oddziale pojawia się jeszcze na chwilę lekarz dyżurny, który sprawdza czy wszystko jest ok.

 Jeżeli danego dnia zlecone są jakieś badania to czas dużo szybciej płynie. Dzisiaj miałam już badanie ginekologiczne i USG. Mogłam zerknąć w plątaninę kończyn widoczną na monitorze aparatu do USG i dowiedzieć się ile mniej więcej ważą już dzieci oraz czy mają prawidłową ilość wód płodowych i prawidłowe przepływy. Bardzo ważną informacją jest też to jaka jest różnica w wielkości między bliźniaczkami a także największym i najmniejszym trojaczkiem... Z dzisiejszych pomiarów wynika, że synek waży 1240 gram, a bliźniaczki 1225 gram i 1080 gram. Lekarz twierdzi, że jak na 28t 6d ciąży parametry te są bardzo dobre. Przepływy i ilość wód płodowych też są w normie...
Czeka mnie jeszcze konsultacja u chirurga naczyniowego w związku z moją puchnącą lewą nogą i USG dopplera żył tejże nogi. Nie wiem jednak kiedy ma nastąpić to badanie... Mam nadzieję, że w najbliższych dniach :)

 Co robię przez liczne godziny wolne, które wypełniają mój dzień? Oczywiście odpoczywam - czytam książki, przeszukuję Internet i zamawiam prezenty świąteczne, oglądam powtórki seriali i filmy na tablecie lub laptopie (dobrze że jest darmowe wifi)... W planach mam też zaprojektowanie już na styczeń fotokalendarza z okazji Dnia Babci i Dziadka. Oczywiście kilka razy dziennie dzwonię też do domu aby dowiedzieć się co tam się dzieje, wypytać o prace domowe czy też przypomnieć o zmianach w planie lekcji ;) Niby jestem w szpitalu ale większą część moich myśli zaprząta nadal to co się dzieje w domu... P. na 100% ma już dość tych moich telefonów ;)
Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 22 listopada 2018

Szpital

  Tak jak wspominałam wczoraj na fb, rozpoczęłam wakacje w szpitalu na oddziale patologii ciąży. Pobyt ten został zaplanowany przede wszystkim w celu podania mi zastrzyków ze sterydami na rozwój płuc u Maluszków. Jest to już początek 29 tc a macica wielkością odpowiada już pojedynczej ciąży donoszonej więc ryzyko, że zacznę wcześniej rodzić znacząco wzrasta... Lekarz prowadzący dał mi jednak iskierkę nadziei na to, że być może jeszcze na chwilę zostanę wypisana do domu. Niestety ordynator dzisiaj po badaniu rozwiał te moje nadzieje i -zostanę w szpitalu aż do cc. Na tym etapie ciąży w każdej chwili niestety sytuacja moja lub dzieciaczków może się zmienić - mogą zacząć się skurcze, może zacząć się odklejać łożysko, któreś z dzieci może być niedotlenione bądź też może dojść do pęknięcia łożyska. Potrzebne będzie wtedy szybkie działanie...

 Łudziłam się, że skoro wyniki krwi są super (nawet cukier idealny), dzieciaki rosną w miarę równo (mają już po ponad kilogramie) a ilość wód płodowych jest prawidłowa to ryzyko komplikacji jest dużo mniejsze. Jedynym moim problemem do tej pory było puchnięcie lewej nogi, które pojawiło się ponad 6 tygodni temu. Bałam się, że może to być objaw zakrzepicy więc na początku października pojechałam na SOR gdzie mnie zbadano, zrobiono badania krwi a gdy okazało się że wartość D-dimerów jest podwyższona to skonsultowano z chirurgiem naczyniowym. Chirurg ten zrobił mi USG żył w spuchniętej nodze i stwierdził, że zakrzepicy na razie nie widzi. Parametry D-dimerów natomiast bardzo często są podwyższone w czasie ciąży. Zalecił mi branie leków na poprawę krążenia i noszenie pończoch uciskowych a ja się uspokoiłam... W ostatnim tygodniu zaczęły jednak dochodzić u mnie kolejne dolegliwości - ból kręgosłupa czy też żeber nasilający się po intensywnym dniu. Muszę szczerze przyznać się do tego, że było mi już ciężko ogarnąć wszystkie moje domowe obowiązki i trójkę dzieci. Wprawdzie nikt nie wymagał ode mnie tego abym wszystko robiła tak jak przed ciążą (czy też na jej początku) ale ciężko było mi odpuścić i zwolnić... Od taki mój charakter ;)

 Po dzisiejszej rozmowie z lekarzem nie pozostaje mi jednak nic innego niż pogodzenie się z losem i grzeczne spędzenie kilku najbliższych tygodni w szpitalu. Bezpieczeństwo moje i trojaczków najważniejsze... Emilka, Fabian i Sara muszą sobie niestety przez ten czas radzić bez mamy a P. ma okazję wykazać się w roli taty na pełen domowy etat ;)

 Oczywiście w trakcie dzisiejszej rozmowy z lekarzem nie obyło się bez uwag o tym, że jestem po 3 cc a teraz jeszcze trojaczki w drodze - u nas taki urodzaj a niektórzy walczą o ty by mieć chociaż jedno dziecko. Na moją odpowiedź, że nikt raczej nie planuje trojaczków a już na pewno nie po 3 cc usłyszałam o tym, że powinnam była po ostatnim cc pomyśleć o skutecznym zabezpieczeniu. Na moją odpowiedź, że rozmawiałam o tym ze swoim ginekologiem a ten odradził mi wkładki domaciczne ze względu na stan po cięciach i możliwe uszkodzenie macicy, hormony czekały aż przestanę karmić piersią więc zostały tylko mniej skuteczne metody nie miał już argumentu... Nie lubię takich rozmów :|
Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 19 listopada 2018

USG połówkowe

27 września 2018
 Byłam dzisiaj na USG połówkowym. Trojaczki są bardzo grzeczne - rosną równiutko i mają dużo wód płodowych. Co ważne bliźniaki na 100% rozdzielone są przegrodą a więc moja ciąża jest dwukosmówkowa trójowodniowa. Dzięki temu będziemy mogli dłużej poczekać ze zrobieniem cc. Jeżeli wyniki nadal będę miała tak dobre to cesarkę będę miała zrobioną dopiero w 34 tc :)

 Znam też już płeć naszych Maluszków :) Spełni się marzenie Emilki - będą dwie dziewczynki (bliźniaczki jednojajowe) i jeden chłopak :) Fabian za to mocno rozczarowany, że to nie trzech chłopców... Dzieciaki ważą obecnie 386 gram, 373 gramy i 363 gramy... 

 Najbardziej martwi mnie ciągłe mówienie lekarza o tym abym po 24 tc położyła się już do szpitala i leżała tam aż do rozwiązania. Wiem, że to dla dobra mojego i Maluszków ale przeraża mnie wizja tak długiego pobytu w szpitalu... Co z dziećmi, które zostaną w domu - znalezienie dla nich opieki na ponad 3 miesiące to nie jest łatwe zadanie :(

 W ciąży trojaczej znacznie trudniej obejrzeć dzieci tak dokładnie jakby się chciało. Im są większe tym mniej widać na USG... W efekcie tego nie mam prawie zdjęć z badań. Moim ulubionym zdjęciem USG i filmikiem są te zrobione w 12 tc. Widać na nich całą trójkę naszych Maluszków :)


 Bardzo ciężko znaleźć też lekarza, który chce się podjąć badań prenatalnych w takiej ciąży. W Olsztynie tylko jeden lekarz byłby w stanie zrobić to badanie ale odmówił mi wizyty zarówno na NFZ jak i prywatnej... Gdy dostałam skierowanie na badania prenatalne to lekarz ten był akurat na urlopie a gdy wrócił zostało już niewiele czasu do ostatecznego terminu, w którym badanie to można przeprowadzić. Nie tłumaczył się jednak brakiem czasu czy dużą ilością pacjentek. Od lekarza tego usłyszałam, że w czasie gdy będzie robił badanie moim dzieciom jest w stanie przyjąć 3 inne pacjentki a poza tym i tak nie ma gwarancji, że wszystkie dzieci ułożyłyby się tak aby mógł posprawdzać wszystko to co powinien... Trójmiasto też odesłało mnie z kwitkiem - obdzwoniłam tam wielu lekarzy ale żaden nie czuł się kompetentny by zrobić badanie trojaczkom...
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 13 listopada 2018

Strach

2 sierpnia 2018
 30 lipca późnym wieczorem znalazłam się w szpitalu. Po wieczornym prysznicu zauważyłam na podłodze kropelki krwi - okazało się, że zaczęłam krwawić. Było to krwawienie niewielkie i szybko ustało ale bardzo mnie wystraszyło. Nie zastawiałam się długo i pojechałam do szpitala na izbę przyjęć. Po USG okazało się, że z dziećmi wszystko jest dobrze - serduszka biły a Maluszki szalały... Wykluczono też odklejanie się kosmówki. Niestety musiałam zostać na obserwacji aby upewniono się, że na pewno wszystko jest dobrze i krwawienie się nie powtórzy. Dobrze, że P. akurat zaczął urlop i mógł zając się dzieciakami w domu...

 Dzisiaj po ponownym USG - tym razem zrobionym przez ordynatora, zostałam w końcu wypisana do domu. USG to było robione bardzo dokładnie więc miałam okazję poprzyglądać się naszym Maluszkom. Potwierdziło się to, że z dziećmi nic się nie dzieje, łożysko się nie odkleja, szyjka macicy również w porządku. Skąd zatem krew przed kilku dniami? Najprawdopodobniej przeciążyłam swój organizm. Wybrałam się przy ponad 30͒C upale z dziećmi na poszukiwanie plecaka dla Emilki do szkoły. Na koniec wniosłam śpiącą Sarę na 3 piętro do mieszkania. Niestety - pora zacząć się oszczędzać...

 Co ważne - ordynator w trakcie USG wypatrzył cieniutką przegrodę rozdzielającą bliźniaki. Są zatem jednojajowe i mają wspólne łożysko ale każde ma swój worek owodniowy, w którym sobie pływa. Są to super wieści gdyż zwiększa to bezpieczeństwo ten dwójki!
A tak poza tym to młodszy lekarz, który asystował przy USG wygadał się, że pojedynczy Maluszek zapowiada się na chłopca ;) Ciekawie jakiej płci okażą się bliźniaki... Fajnie by było gdyby były to dziewczynki :)  Emilka najbardziej liczy na tą ewentualność. Za to Fabian bardzo chce aby cała trójka była chłopcami :) Czyje pragnienia się spełnią? ;)
Image and video hosting by TinyPic

piątek, 9 listopada 2018

Bliźnięta jednokosmówkowe jednoowodniowe

17 lipca 2018 
 Tak jak wspominałam wcześniej dwoje z moich trojaków to bliźnięta jedokosmówkowe jednoowodniowe. Oznacza to, że posiadają wspólne łożysko i znajdują się w tym samym worku owodniowym. Bliźnięta takie powstają wówczas gdy komórka jajowa po zapłodnieniu ulega rozdzieleniu na dwa oddzielne zarodki dopiero między 9 a 12 dniem od zapłodnienia. A więc przez 9-12 dni Maluszki te były jednością...

 Najczęściej występującą ciążą mnogą jest ciąża dwujajowa czyli taka w której dwie komórki jajowe zostają zapłodnione przez dwa plemniki. Dzieci urodzone w wyniku takiej ciąży podobne są do siebie tak jak rodzeństwo z dwóch oddzielnych ciąż. Mogą to być dzieci tej samej lub różniej płci.
Rzadziej występuje ciąża jednojajowa a więc taka, w której jedna komórka jajowa zostaje zapłodniona przez jednego plemnika i dopiero w wyniku podziału zygoty rozdziela się na dwa odrębne płody. Najrzadziej w tych ciążach występuje ciąża jednokosmówkowa jednoowodniowa - stanowi ona tylko 1% ciąż jednojajowych. Najczęściej występuje tu ciąża jedokosmówkowa dwuowodniowa i stanowi ona 69% ciąż mnogich jednojajowych. Natomiast ciąże dwukosmówkowe dwuowodniowe stanowią 30% ciąż bliźniaczych jednojajowych. To jakiego rodzaju jest ciąża jednojajowa uzależnione jest od tego ile czasu po zapłodnieniu dochodzi do rozdzielenia się zygoty na dwa odrębne zarodki. W wyniku ciąży jednojajowej rodzą się dzieci zawsze tej samej płci o identycznym kodzie DNA. Co do identyczności DNA trwają wprawdzie spory gdyż naukowcom w USA udało się odkryć nieznaczne różnice w niektórych segmentach kodu genetycznego tychże bliźniąt (są to jednak tylko nieznaczne różnice).

 Każda ciąża mnoga jest ciążą wysokiego ryzyka i wymaga szczególnej kontroli medycznej. W ciążach tych ryzyko wystąpienia powikłań jest wyższe niż w ciążach pojedynczych. Może dojść tu do przedwczesnego porodu, do przedwczesnego odpływania płynu owodniowego, do przedwczesnego odklejenia łożyska, łożyska przodującego, gestozy, cukrzycy ciążarnej, wielowodzia czy też atoni poporodowej macicy. W przypadku ciąży jednokosmówkowej jednoowodniowej występują jednak dodatkowe możliwości komplikacji - wewnątrzmaciczne zahamowanie rozwoju jednego z bliźniąt czy też wewnątrzmaciczne obumarcie płodów. Do powikłań tych dochodzi najczęściej w wyniku zespołu przetoczenia krwi pomiędzy płodami TTTS. Częstą komplikacją jest tu też zapętlenie sznurów pępowiny...

 Z jednej strony - dużo powodów do zmartwień. Z drugiej - cud niesamowity taka ciąża jednokosmówkowa jednoowodniowa... Może się jednak jeszcze okazać, że bliźnięta przedzielone są przegrodą - czasem udaje się ją wypatrzeć dopiero w późniejszych tygodniach ciąży gdy dzieci są już większe. Mam nadzieję, że u nas tak właśnie będzie. Pozwoliłoby to na późniejsze rozwiązanie ciąży i zwiększyło bezpieczeństwo bliźniaków...
Image and video hosting by TinyPic

sobota, 3 listopada 2018

Dzień, który zmienił wszystko

4 lipca 2018
Dokładnie tydzień temu mój świat wywrócił się do góry nogami. Moje życie jest w miarę poukładane - mam męża, trójkę kochanych dzieci. Mamy auto i niewielkie mieszkanie. Plany na przyszłość również mamy sprecyzowane - rodzinne wakacje, zmiana mieszkania na większe w ciągu najbliższych 2 lat, wysłanie najmłodszej córki do przedszkola w roku 2019/2020 i mój powrót na rynek pracy. Czerwiec postawił jednak wszystko pod znakiem zapytania.

 Zaczęła spóźniać mi się miesiączka. Przez pierwsze dni wmawiałam sobie, że to zapewne wina upałów oraz zawirowań hormonalnych spowodowanych karmieniem piersią mojej 2-latki. Po tygodniu postanowiłam zrobić test ciążowy. Nie minęło nawet 5 sekund a pojawiły się dwie grube kreski. Byłam zaskoczona bowiem w ogóle nie czułam się ciążowo. W poprzednich ciążach zawsze czułam coś wcześniej - test ciążowy robiłam zazwyczaj kilka dni przed terminem miesiączki lub w dniu, w którym miała się pojawić. Tym razem zero przeczuć czy też dziwnych objawów. Dopiero gdy zobaczyłam pozytywny test ciążowy to zaczęły pojawiać się mdłości i nadwrażliwość piersi. Wszystko jednak w niewielkim stopniu.

 Do ginekologa zapisałam się na wizytę 2 tygodnie później czyli około 7 tygodni po ostatniej miesiączce. Absolutnie nie spodziewałam się tego co usłyszałam. Lekarz od razu wyszukał pęcherzyk ciążowy a w nim zarodek z bijącym serduszkiem. Szybko dokonał pomiaru Maluszka i określił jego wielkość dokładnie na 7 tydzień ciąży (7 tc). Zapytałam się wówczas co tam jest jeszcze w tym pęcherzyku na dole gdyż wypatrzyłam jakiś "cień". Lekarz wyostrzył wtedy obraz na tym "czymś" i zaczął dokładnie przyglądać się wnętrzu mojej macicy. W trakcie badania powtarzał ciągle "No nie możliwe", "Ale jaja". Na koniec stwierdził, że jestem jego drugim TAKIM przypadkiem w 20-letniej karierze. Już wtedy nie wytrzymałam i zapytałam czy to coś bardzo złego a wtedy usłyszałam coś co zmieniło moje obecne życie.

 Ginekolog z entuzjazmem oświadczył "Jesteś w ciąży trojaczej". Zamurowało mnie. Lekarz zaczął pokazywać mi obraz USG i tłumaczyć co na nim widać. Usłyszałam, że dwoje dzieci to bliźnięta jednojajowe i mają one wspólne łożysko. Trzeci dzidziuś jest w drugim pęcherzyku. Na te wszystkie rewelacje umiałam odpowiedzieć jedynie, że to przecież niemożliwe i po prostu nie wierzę w to co słyszę. Mój ginekolog zaczął mi więc wtedy od nowa pokazywać poszczególne Maluszki i bijące serduszka. Nie wiedziałam co powiedzieć. Czułam, że zbladłam i zrobiło mi się słabo - w głowie miałam 1000 myśli na sekundę. Trojaczki - skąd, jakim cudem? Jak ja dam sobie radę? Czy ja w ogóle mam szansę to przeżyć? Czy mój organizm poradzi sobie z takim obciążeniem a macica wytrzyma ciążę? O to ostatnie zapytałam lekarza. Niestety jestem po 3 cięciach cesarskich więc moje obawy są bardzo uzasadnione. Większość lekarzy w ogóle odradza w takim przypadku zachodzenie w ciążę a tu nie dość, że ciąża to jeszcze trojacza. Lekarz mnie uspokoił twierdząc, że macica jest w stanie wiele wytrzymać. Nie wiadomo jednak jak będzie chociażby z wątrobą czy nerkami bo taka ciąża faktycznie jest bardzo dużym obciążeniem dla organizmu. Poza tym ciąża trojacza jest ciążą wysokiego ryzyka i występuje tu dużo większe niż w ciąży pojedynczej ryzyko poronienia i przeróżnych komplikacji.

 Z gabinetu wyszłam na miękkich nogach. W drodze do auta nie wytrzymałam i zaczęłam histerycznie płakać. W tej histerii zadzwoniłam do osoby, na której wsparcie zawsze mogłam liczyć - mojej mamy. Dłuższą chwilę trwało zanim uspokoiłam się na tyle by móc jej powiedzieć co się dzieje. Oczywiście zaczęła mnie uspokajać i pocieszać. Dość długo płakałam jej w telefon wyrzucając z siebie obawy. Jak ja sobie poradzę z 6 dzieci? Jak poradzimy sobie finansowo? Jak ja ogarnę 3 noworodki - przecież mam tylko dwie ręce i dwa "cycki"? Jak pomieścimy się w naszym obecnym mieszkaniu czy też aucie? Jak ja powiem o tej "niespodziance" mężowi? - przecież facet załamie się chyba jeszcze bardziej niż ja... W końcu uspokoiłam się na tyle, że mogłam wsiąść do auta i wrócić do domu.
Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 29 października 2018

Sesja zdjęciowa

 Na początku października brałam udział w sesji zdjęciowej :) Zdjęcia robiła mi przecudowna Magdalena Agnieszka Rogowska z eMka studio w Olsztynie. Miała całą masę pomysłów na ujęcia a atmosfera w trakcie sesji była tak fajna, że aż się nie chciało wychodzić i wracać do domu :) Zdjęcia zrobione przez Magdę będą cudowną pamiątką dla mnie z tego niezwykłego etapu jaki teraz przeżywam :) Oto kilka z nich:

 A tu jeszcze kilka zdjęć ze spacerku jesiennego z dzieciakami... Tym razem fotografem był P. ;)

  Na pewno zrobimy sobie jeszcze jedną sesję zdjęciową w domku tuż przed moim pójściem do szpitala ;)
Image and video hosting by TinyPic